czwartek, 29 sierpnia 2013

15. Gotujemy po norwesku - Komle

Dziś przyszedł czas na przedstawienie dania narodowego, gotowanego w całej Norwegii, nazywanego w każdym regionie inaczej. W regionie, w którym mieszkam ja, nazywa się to danie Komle, Kumle lub Raspeballer. Oczywiście - jak już zdążyliście zauważyć, wszystko kupuje się gotowe w sklepie. Tak też jest tym razem. Same komle, to zbite okrągłe pyzy, które w smaku i konsystencji przypominają nasze szare kluski poznańskie - tzw. kluski ćpane. Komle gotuje się z grubą kiełbasą - Vossakorv. Ja gotowałam je z jeszcze jednym rodzajem kiełbasek, które są bez skóry i są odpowiedniejsze dla dzieci. 

Do tego je się również puree z brukwi. Co ciekawe, brukiew jest tu używana bardzo powszechnie, wszędzie można ją dostać - natomiast w Polsce jest kojarzona głównie jako jedzenie którym karmi się bydło. "Warzywo to pochodzi najprawdopodobniej z krajów skandynawskich, o czym świadczy jego angielska nazwa swede, czyli Szwed. Ze względu na wysoką zawartość witaminy C, w krajach skandynawskich zyskała przydomek 'pomarańczy północy'." (za: M. Romanowska, M. Kallin "Skandynawia jest piękna!" wyd. Pascal). Puree z brukwi to najprostsza i najlepsza rzecz alternatywna do ziemniaków jaką w życiu jadłam. W osolonej wodzie gotuje się cząstki brukwi, 1-2 ziemniaki i pokrojone na kawałki 2-3  marchewki. Następnie miksuje się na gładką papkę blenderem, bądź tłucze, dodaje się 2 łyżki masła, trochę mleka, trochę mąki, sól i pieprz do smaku a następnie podgrzewa. Gdyby w Polsce brukiew była tak szeroko dostępna na pewno zamieniłabym ziemniaki do obiadu na to właśnie warzywo. 

Całe danie polewa się sosem - którym w tym wypadku jest roztopione ok. 100-150 gram margaryny z pokrojonym w kosteczkę boczkiem. Mimo, że to chyba najtłustsze danie Norwegii to i tak jest bardzo dobre, szybko się je robi i  można spokojnie zrobić je również w Polsce, z polskich produktów. I na pewno wolę to, niż pieczoną głowę owcy i wyjadanie z niej mięśni z oczodołów! (co podobno też jest popularnym daniem w Zachodniej Norwegii). Pozdrawiam i zostawiam Was ze zdjęciami.




Pati

niedziela, 25 sierpnia 2013

13. Hjellestad og Milde

W ostatnich dniach w Norwegii jest naprawdę gorąco. Na tyle, że wczoraj wzięłam rower i pojechałam do sąsiedniej miejscowości. Hostka radziła, żebym pojechała na skrzyżowaniu w lewo, a potem od razu za skrzyżowaniem też w lewo. Zdziwiłam się, że to drugie "w lewo" było tak daleko za pierwszym "w lewo". Dopiero w domu dowiedziałam się, że zabłądziłam i droga którą jechałam nie była celem mojej podróży. Tym sposobem odwiedziłam Ogród Botaniczny Milde i siedziałam nad brzegiem Morza Północnego mocząc nogi i czytając książkę. Dziś, ze względu na to że pogoda znowu rozpieszcza pojechałam tam, gdzie miałam pojechać wczoraj. Jednak, nachylenie drogi to spokojnie ok. 45 stopni - wczorajszy wysiłek dał o sobie znać i nie podołałam. Udało mi się zrobić kilka zdjęć po drodze i na pewno podejdę do tej góry jeszcze raz - tym razem mam nadzieję, że dam radę. Poniżej zdjęcia z wczoraj i kilka z dziś. Wczoraj w długich spodniach się gotowałam, dlatego dziś obowiązkowo postawiłam na szorty. Zdjęcia mnie oczywiście z pomocą samowyzwalacza.










































Pozdrawiam, Pati

środa, 21 sierpnia 2013

11. Tomatsuppe - czyli pomidorówka po norwesku

Przedwczoraj wieczorem, hostka zapytała czy mam ochotę na zupę pomidorową. Kurcze, pomidorówka? Jasne ! Tęsknię za jedzeniem, które mogłam jeść w Polsce. Chcąc poczuć chociaż namiastkę naszej polskiej kuchni zgodziłam się bez wahania - mimo, że byłam średnio głodna. I o ile nie zdziwiło mnie, że "zrobienie" pomidorówki polegało na wsypaniu zawartości torebki do garnka, zalaniu wodą i zagotowaniu, to zdziwiły mnie następne dodawane składniki. Dobrze, do garnka trafiły 2 garstki makaronu. Ale dalej - pokrojona w grubsze plasterki parówka. Pomyślałam, no ok, gotujemy pomidorówkę "na mięsie". Do tego trochę śmietany, żeby zagęścić. Myślałam, że już gotowe, ze już będziemy jeść. Owszem, wszystko zostało rozlane do miseczek i ustawione na stole. Siedziałam szczęśliwa z łyżką, czekając aż zacznę jeść. W tym momencie na stole pojawiły się ugotowane na twardo i obrane jajka. I masło. I wyjęte z pieca gorące, chrupiące bułeczki. Pomyślałam - ok, dzieci będą jadły bułki z jajkiem. Ale nadal zerkałam, co robią wszyscy przy stole. I tak, po jednym jajku trafiło do miseczek z zupą - w tym do mojego ( tak jak w Polsce dodaje się jajko do żurku). Bułeczki zostały przekrojone, posmarowane masłem i każdy mógł się częstować. Nie spodziewałam się, że będzie to tak smakowało. Oczywiście nie odmówiłam dokładki, bo szkoda by było przegapić coś tak ciekawego. Niby nic, a jednak bardzo bardzo mi smakowało. I na pewno spróbuję zrobić to w Polsce!
Bułki do wypieku:
 Zupa pomidorowa:

Pozdrawiam, Pati

niedziela, 18 sierpnia 2013

10. Photo-mix

Zbiór zdjęć, które zrobiłam do tej pory, a które jeszcze się tu nie pojawiły.
Głównie zdjęcia hanzeatyckich domków - sztandarowego symbolu Bergen, przewijającego się praktycznie wszędzie.  Dodatkowo klimatyczny Mc Donald's i renifer.