sobota, 26 października 2013

34. Couchsurfing thing

Plany na wczorajszy wieczór miałam dwa. Jeden - miałam spotkać się z innymi au-pairkami na mieście lub miałam spotkać się z couchsurferem. Zrezygnowałam ze spotkania z dziewczynami, bo było zbyt późno i po niecałej godzinie musiałabym uciekać na ostatni autobus do domu. Zatem umówiłam się z couchsurferem żeby pojechać do największego centrum handlowego w Bergen - Åsane. Umówiliśmy się na dworcu autobusowym o 19, skąd miał mnie zgarnąć. Kiedy już czekałam, nagle zadzwonił do mnie, że już czeka i mnie nie widzi. Na przystanku obok mnie była tylko matka z dzieckiem i młoda dziewczyna. A po chwili okazało się, że ja czekałam na autobusowym, a on na kolejowym. Po chwili się odnaleźliśmy. N. pochodzi z Syrii, od roku mieszka w Norwegii i jest w połowie Grekiem. Mieszkał w kilku europejskich państwach, jednak ostatecznie postanowił zostać w Norwegii i otworzyl własną firmę. Centrum handlowe okazało się niezbyt ciekawe, dlatego postanowiliśmy wrócić na starówkę Bergen żeby coś zjeść. N. zaproponował tradycyjną turecką restaurację. Nie pamiętam nazw rzeczy które jadlam, wiem że był to kurczak, jagnięcina i wołowina z grillowanymi warzywami, grecka sałatka z trzema rodzajami sosów i tradycyjny i świeżo pieczony chlebek turecki (ale N. powiedział że w Syrii również go jedzą). Kiedy zobaczyłam ile rzeczy zaczynają przynosić kelnerzy pomyślałam, że ktoś pomylił nas z 7-osobową rodziną bo tyle tego było. Wszystko idealnie dopasowane w smaku - żyć nie umierać. Po jedzeniu wybraliśmy się na spacer po Bergen, w trakcie przechadzki kupiliśmy herbatę na wynos i chłonęliśmy światła i dźwięki miasta. Mimo, że było grubo po 22 to uliczne koncerty nie cichły. Z jednej strony panowie grali meksykańskie melodie, z drugiej pan na gitarze, jeszcze dalej grupa młodych ludzi grająca na bębnach - miasto żyło. N. zaproponował że odwiezie mnie do domu, więc byłam u siebie przed północą. Dziś rano zdzwoniliśmy się, że pogoda nie jest taka zła i moglibyśmy wybrać się na szczyt góry Fløien. Deszcz przeplatał się z lekką mżawką, a kiedy dotarliśmy na szczyt, okazało się że znajdujemy się w chmurach. Nie było szans zobaczyć miasta. Mimo to kupiliśmy kawę na wynos i zaczęliśmy obchodzić zakątki na górze. Jest tam piękne jezioro, mnóstwo tabliczek ze śmiesznymi informacjami ( jak np. "If something is going no right, you should go left."). W tym momencie zaczął wiać lekki wiatr i naszym oczom ukazało się Bergen w całej okazałości. Chmury w kilka minut się rozwiały i mogliśmy podziwiać widok. Mimo deszczu dzień świetnie się udał. Po zejściu na dół pojechaliśmy na pizzę, a później o 18 N. odstawił mnie na przystanek autobusowy do domu. Couchsurfing po raz kolejny okazał się niezawodny - ludzie, których można tam spotkać są naprawdę niesamowici! :) A poniżej zdjęcia z dziś :)







 Znak zabraniający dokarmiania malych dinozaurów !
 Znak zabraniający całowania żab nad jeziorem :
 Jezioro na szczycie, spowite mgłą :)






 Turecki napis "Wolność" na tarczy:












 Przez padający deszcz byłam cała mokra, a mój warkocz wyglądał jak zdechła fretka :)

Deszcz po nas dosłownie spływał :) Tu widać, jakie mieliśmy mokre i siwe od deszczu  głowy :)









Tabliczka ostrzega, żeby nie robić zdjęć czarownicy więc wpadłam na genialny pomysł:
"N. mógłbyś zrobić zdjęcie?", on zdziwiony się rozejrzał, "Ale tu nie ma czarownicy!" na co ja uradowana oparłam sie o drzewo "No jak to nie ma?!" :D
Pozdrawiam, Pati !

1 komentarz:

  1. Dobre jedzonko to podstawa :D Patrycja no co jak co, ale do czarownicy to Ci bardzooo dalekoo :D haha

    OdpowiedzUsuń

Cześć ! Dziękuję za komentarz i zapraszam do dyskusji. Pamiętaj, że komentarze złośliwe lub wulgarne będą usuwane. Mój blog nie jest też słupem ogłoszeniowym, będę wdzięczna jeśli to uszanujesz. Pozdrawiam, Pati :)