poniedziałek, 22 lutego 2016

215. Fałszywi przyjaciele cz.7

Nadeszła pora na siódmą już część serii Fałszywi przyjaciele! Wciąż nie mogę się nadziwić, jak wiele słów brzmiących tak samo może mieć tak różne znaczenie. Dziękuję za Wasze wskazówki w komentarzach i wiadomościach prywatnych. Dzięki temu możemy wspólnie tworzyć serię. Uwierzycie, że to już siódma edycja!? Ja przecieram oczy ze zdumienia. Zapraszam poniżej!


  • Bur - Istnieje inne norweskie słowo, które bardziej by tu pasowało wymową i zapisem. Jest to czasownik "bor", czyli "mieszka" (w bezokoliczniku å bo). Z racji tego, że ciężko mi było znaleźć zilustrowany czasownik, użyłam innego słowa, który jest rzeczownikiem. Różni się w wymowie, bo "u" jest trochę bardziej miękkie niż "o". Rzeczownik bur znaczy "klatka". Żeby jeszcze bardziej skomplikować powiem, że istnieją trzy słowa, które dla nas, Polaków, mogą wydawać się trudne na początku nauki. Szczególnie jeśli chodzi o wymowę. Te słowa to: bur (klatka) - bor (mieszka) - bør (powinienem/powinnam). Zwracajcie uwagę na wymowę poszczególnych norweskich liter, bo jak widać - łatwo jest się pomylić! 




  • Divan - na to słowo wpadłam jakiś czas temu czytając książkę. Książka opowiadała o segregacji rasowej i życiu elit w Stanach Zjednoczonych. W jednym z fragmentów wpadłam na dosyć specyficzną sytuację. Do jednej z córek pana domu przyszedł w odwiedziny zakochany w niej mężczyzna. Dziewczyna podczas rozmowy z nim usiadła na czymś, co nazywało się "divan". Od razu pomyślałam "Ha! Czyli divan znaczy pewnie to samo co po polsku!". Ale po chwili się zastanowiłam. Osiemnastowieczne Stany, córka wysoko sytuowanego właściciela posiadłości, w zamaszystej sukni siada na podłodze podczas odwiedzin swojego adoratora. To mi nie pasowało. Od razu sprawdziłam, co znaczy to słowo. I tu zaskoczenie. Norweski divan będzie po polsku tłumaczony jako otomana/szezlong. Warto dodać, że samo słowo również "sjeselong" funkcjonuje w języku norweskim.



  • Flak - odłóż cokolwiek właśnie jesz, ze względu na dosyć drastyczne zdjęcie poniżej. Po norwesku słowo to nie ma aż takiego mocnego obrazu. W sensie ogólnym "flak" będzie oznaczał kawałek/odłamek czegoś. Idąc dalej, Norwegowie ułatwili sobie zadanie i tak przykładowo: is + flak = isflak będzie odłamem lodu, czyli krą. Snø + flak = snøflak będzie płatkiem śniegu, czyli snieżynką. Mais + flak = maisflak będzie płatkiem kukurydzy, czyli płatkiem kukurydzianym. 



  • Garnityr - w jednej z poprzednich edycji Fałszywych przyjaciół pisałam o słowie "dress", które jest norweskim garniturem. Sprawa jest jeszcze śmieszniejsza, bo okazuje się że "garnityr" po norwesku to dodatki, np. do hamburgera czy hot doga. Keczup, musztarda, sałatki, prażona cebula - wszystko co możemy określić jako "tilbehør" będzie również określone mianem "garnityr". Z tym słowem spotkacie się najczęściej na stacjach benzynowych oferujących jedzenie. Więc pamiętajcie, polski dres to dres, norweski dress to garnitur, polski garnitur to garnitur a norweskie garnityr to dodatki do jedzenia. Uff, potrafi namieszać w głowie, prawda?



  • Kalkulatør - kiedy szukałam pracy, trafiłam w jednym z ogłoszeń na coś, co mnie rozbawiło. Otóż szukano kogoś na stanowisko kalkulatør. Moje pierwsze skojarzenie było z polskim słowem "Kalkulator". Okazuje się, że to urządzenie nosi po norwesku taką samą nazwę. Jednak nie tylko to, bo jest również nazwą zawodu. Tym mianem określa się księgowego, zamiast określenia "regnskapsfører" właściwym będzie również użycie słowa "kalkulatør". 



  • Kollega - to słowo może wprowadzić trochę zamętu. Wiedziałam już dawno, że osoba określana mianem "kollega" to ktoś z kim pracujemy. Nie można użyć tego określenia o znajomym, czy przyjacielu, nie jeśli z tą osobą nie pracujemy. Logiczne dla mnie było, że skoro kolega, to tak jak po polsku będzie używane w odniesieniu do płci męskiej. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy pewnego razu we wrześniu rozmawialiśmy z Ørjanem o jego bracie. Brat rozstał się z dziewczyną jakieś dwa miesiące wcześniej, a we wrześniu dostał zaproszenie na randkę. Zapytałam "Od kogo?" a Ørjan, bez cienia zażenowania mówi "En kollega fra jobb", czyli (wg mojego tłumaczenia) "od kolegi z pracy". Ja w szoku, myśląc że się przesłyszałam mówię jeszcze raz "OD KOGOOO?". I dostałam tę samą odpowiedź. Myślę sobie, ale ta Norwegia postępowa, kolega zaprasza na randkę, a on idzie jakby nigdy nic. Ale wolałam zapytać Ørjana, czy dobrze interpretuję tę sytuację. Okazało się, że w Norwegii używa się tego określenia zarówno do płci męskiej jak i żeńskiej. Czyli każdy z kim pracujemy, bez względu na płeć będzie określany słowem "kollega". Mam wrażenie, że im dalej w las, tym ciemniej i więcej przeszkód!



  • Kotelett - jednego razu postanowiłam zrobić na obiad polskie kotlety mielone. Ørjan wysłał mi sms z pytaniem, co dziś na obiad. Nie myśląc nad tym zbyt dużo odpowiedziałam, że kotlety. (Przecież słyszałam słowo kotelett po norwesku tysiące razy, to nie może być nic innego) Ørjanek przyjechał, siadamy do obiadu, on patrzy na te moje mielone i pyta "A co z tymi kotletami, które miały dzisiaj być?". Ja przetarłam oczy ze zdumienia - "No przecież leżą przed Tobą". Okazało się, że po norwesku kotelett używa się tylko do określania części mięsa pochodzącej z żeberek i karkówki wieprzowej, wołowej, cielęcej, jagnięcej. To kawał czystego mięsa, w wersji niemielonej. Jeśli usmażymy takiego surowego kotleta, to nadal będzie kotletem. Natomiast, jeśli robimy nasze polskie kotlety z mielonego mięsa tego typu, to będą się nazywały prawdopodobnie kjøttkaker (mięsne ciastka) czy np. kjøttboller (mięsne kulki). Dzisiejsze słowa namieszają w głowie.



  • Løk - słowa brzmiące podobnie, ale nie tak samo. Również znaczenie jest zupełnie inne. Jeśli chodzi o ten przykład, to nie mam żadnej anegdotki, ale musiał znaleźć się z zestawieniu "Fałszywych przyjaciół". Bo jednak potrafi nieźle zmylić! 



Ha en fiktig fin dag!
Mvh
Pati

niedziela, 7 lutego 2016

214. Stavanger

W piątek rano wybraliśmy się z Ørjanem i parą przyjaciół do Stavanger na występ angielskiego komika (Michael McIntyre) w DnB Arena. Sam występ był fenomenalny i dostał (bardzo zasłużenie) najwyższe oceny w gazetach w Stavanger. Kiedy się wczoraj obudziłam na piątym piętrze hotelu i spojrzałam przez okno, moim oczom ukazało się niezbyt ciekawe, szare i płaskie miasto. Pierwsze wrażenie nie było pozytywne, ot zwykłe miasto, takie "byle co" w porównaniu do Bergen. Ørjan mówił "Nie zniechęcaj się, poczekaj aż przespacerujemy się po centrum." Pojechaliśmy do centrum, zaczęliśmy nasz spacer i całkowicie przepadłam. Małe kolorowe domki, ruchliwe uliczki, przytulne kawiarnie i sklepy - to chyba urzekło mnie najbardziej. Żałuję, że mieliśmy tylko około 2 godzin przed powrotem do domu, ale już wiem że na pewno do Stavanger wrócę!! Poniżej kilka zdjęć z centrum. 














Sklep po lewej stronie (Permanent Vintage) polecam wszystkim zainteresowanym modą i vintage :) Sama nie mogłam sobie odmówić zakupów

Pozdrawiam, Pati